Kultura

Sprintem po zmroku

Na Żoliborzu odbyły się niedawno pierwsze nocne zawody rowerowe, z trasą wytyczoną wokół miejskiego skweru AK „Żniwiarz”. To dobry sposób na spędzanie zimowych wieczorów i okazja, aby przyjrzeć się bliżej rowerowym zwyczajom warszawiaków.

Antek Kostrzewa

04.12.2021 

Ilustracja: Aleksandra Ołdak

Ubrałem się w sportową koszulkę, na którą założyłem cienki sweterek, a po krótkim namyśle dodatkowo drugi sweter, à la góralski. Jedyny kask, który posiadam, służy mi do jazdy na nartach. Uznałem, że sprawdzi się świetnie, a więc przymierzyłem go od razu, żeby sprawdzić, czy od zeszłej zimy nie urosła mi głowa. W pełnym stroju czułem się bardziej jak skoczek narciarski niż rowerzysta. Włączyłem lampki na moim bicyklu i wyprowadziłem go na ulicę. Zbliżała się godz. 22 – już za chwilę miałem brać udział w pierwszym nielegalnym wyścigu rowerowym wokół skweru AK „Żniwiarz” na warszawskim Żoliborzu.

Przygoda warszawiaków z rowerami zaczęła się jeszcze w XIX w. Na początku, jak to często bywa z modą importowaną z obcych krajów, kolarstwo było rozrywką wyłącznie dla wyższych sfer. Pierwsze rowery do Warszawy sprowadzano za duże pieniądze z Francji i Anglii. W 1886 r. hrabia Edward Chrapkowski, posiadacz pięknych wąsów i wielkiego majątku, postanowił na fali popularności nowego sportu stworzyć klub. Jego Warszawskie Towarzystwo Cyklistów początkowo zrzeszało kilkudziesięciu członków, w tym Marię Skłodowską-Curie, Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa. Ten ostatni swoim entuzjazmem do dwukołowców podzielił się w fantastycznej powieści „Ze wspomnień cyklisty”, z której dowiadujemy się, że standardowym wyposażeniem warszawskiego rowerzysty był między innymi rewolwer.

Skwer AK „Żniwiarz” z oddali nie sprawia wrażenia, jakby miał za chwilę przeobrazić się w tor kolarski. W moim śmiesznym stroju zataczam wokół niego koło w poszukiwaniu organizatorów. Znajduję ich w specjalnie przygotowanym namiocie, otoczonym dziesiątkami rozpalonych zniczy. Inicjatorzy Paweł, Jeremi i Mikołaj do wyścigu podchodzą z dystansem i uśmiechem. Za symboliczną wpłatę otrzymuję od nich numer startowy, a także banan i batonik. Za mną ustawia się kolejka zawodników i zawodniczek – do startu o godz. 22.30 przybędzie ich prawie trzydzieścioro, a drugie tyle będzie obserwować nasze poczynania.

Życzeniem Bolesława Prusa było, aby Polacy doczekali się tanich rowerów dostępnych dla wszystkich oraz powszechnych dróg rowerowych. Równo sto lat po jego śmierci w 1912 r. w Warszawie pojawiły się rowery Veturilo, które na dobre zapoczątkowały renesans epoki cyklistów. Olbrzymia flota oplotła całe miasto, tworząc niespotykane dotąd zapotrzebowanie na ścieżki rowerowe. W 2010 r. ich łączna długość wynosiła około 300 km. Dziesięć lat później było to już 675 km. Przez cały ten czas o ścieżki rowerowe toczył się bój za zamkniętymi drzwiami dzielnicowych rad i na forach internetowych. Obserwacja publicznego transportu w zachodnich miastach takich jak Amsterdam czy Londyn pozwala spekulować, jak będą wyglądały nasze trasy rowerowe w niedalekiej przyszłości.

W oczekiwaniu na rozpoczęcie wyścigu podpatruję przybywających ze strony pl. Wilsona zawodników i widzów. Na podstawie widoku obecnych tu ludzi jakiś malarz mógłby stworzyć portret współczesnego warszawiaka. Wszędzie widzę uśmiechy, kolorowe czapki kończące się nad uchem i tlące się między palcami papierosy. Niektórzy przyszli tu z psami, które teraz wesoło ganiają po skwerze. Charakterystycznym elementem ubioru są także koszulki, bluzy i torby z grafikami wykonanymi metodą sitodruku, przygotowywane najczęściej w pracowni A.D.A przy ul. Puławskiej. Poznaję wzór Onkoświra, wojownika toczącego nierówną walkę z białaczką, symbolizującego naszego dzielnego przyjaciela Adama Łacha. Wyścigi także mają swój oficjalny sitodruk, przedstawiający rowerzystów krążących wokół figury zakapturzonego Mrocznego Żniwiarza.

Rozpalone wzdłuż trasy znicze przyciągają uwagę służb porządkowych. Najpierw na linii startu zatrzymuje się policyjny wóz. Wyścigi stają pod znakiem zapytania. Na szczęście organizatorzy potrafią dyplomatycznie wyjaśnić powód zbiorowiska. Policjanci, zaskoczeni niecodziennym wydarzeniem, nie widzą przeszkód w organizacji wyścigu, pouczają nas jednak, abyśmy uprzątnęli znicze i zachowywali się przyzwoicie. Kiedy niebieskie światło syren znika za rogiem ulicy, czuję, że do startu zostały już tylko chwile. Zakładam narciarski kask i ustawiam się z rowerem do sprintu, czyli trzech okrążeń wokół skweru. W ostatniej chwili do startu dołącza moja koleżanka Idalia, która przyjechała tu prosto ze zmiany w lokalnej klubokawiarni. Jestem dobrze przygotowany. Żoliborskie trasy na moim rowerze przemierzałem setki razy. Wokoło cichną śmiechy, tłum widzów ogniskuje na nas swoją uwagę. Rozpoczyna się pierwszy sprint wokół skweru AK „Żniwiarz”.

Gdybym nie był wtedy na wyścigu, pewnie podskakiwałbym w klubie Pogłos na koncercie duetu Tonfa. Jeśli nie tam, to na występie Partiboya 69 na Pradze. A gdyby nie chciało mi się tańczyć, może siedziałbym właśnie na dmuchawach gorącego powietrza za żoliborskim supermarketem Merkury i rozmawiał z kimś o filmowej premierze „Diuny” albo nowej produkcji Marvela. W SPATiFie ktoś właśnie grał jazz, parę kroków dalej w barze Wozownia ktoś świętował debiut swojej technologicznej firmy w Berlinie, a parę kroków dalej kto inny dostawał właśnie w nos pod kolorowym neonem klubu Rakieta. Wszyscy moi znajomi w piątkowe i sobotnie wieczory oddawali imprezowaniu przynajmniej tyle energii, ile wyssała z nich w ciągu tygodnia mordercza praca łączona najczęściej z ambicją osiągania najwyższych wyników na studiach. Właśnie ta demoniczna energia napędzała ruchy moich współzawodników, jakby mieli w sobie motorowe silniki.

Zajęcie trzeciego miejsca przypłaciłem potężnym skurczem żołądka wywołanym najprawdopodobniej stresem. Niestety nie zaklasyfikowałem się do finału, który ostatecznie wygrał mój imiennik, ale miałem dzięki temu czas, żeby przyjrzeć się skali całego przedsięwzięcia. Organizatorzy przewidzieli nagrody dla zwycięzców, zorganizowali także głosowanie na najładniejszy rower i przejazd w najlepszym stylu. Nie obyło się bez kontuzji, przez które medale na podium były wręczane w błękitnym blasku świateł karetki. Trzydziestu zawodników posprzątało następnie po sobie, wsiadło na swoje rowery i ruszyło we wszystkie strony świata. Warszawa zyskała nowe rowerowe święto, które z dużym prawdopodobieństwem będzie przyciągało w kolejnych odsłonach jeszcze więcej uwagi.

Antek Kostrzewa

Czytaj Więcej

Z_ziemi_mlekiem_i_miodem
Z ziemi mlekiem i miodem płynącej do Polski
Wielkimi krokami zbliża się 19. już edycja Festiwalu Warszawa Singera. W tym roku po raz...
DADD0FF1-1239-42D0-A3D2-5C01774B8447
If I were a Piekarnia in Warsaw
Ciekawe, czy jako dziecko Jurek umiał grać w chowanego. W końcu jego dzieciństwo nie trwało...
590_9983
Grać w chowanego ze śmiercią. Kryjówki Natalii Romik
Ciekawe, czy jako dziecko Jurek umiał grać w chowanego. W końcu jego dzieciństwo nie trwało...
matkapolka_1
Matka Polka też człowiek – czyli o tym, że macierzyństwem można być zmęczonym
Są takie dni, kiedy chowam się pod kołdrę, gaszę światło i po prostu płaczę. Mam wtedy ochotę...
Chagall_MNW_fot_Bartosz_Bajerski_Muzeum_Narodowe_w_Warszawie_03
Mit ale zibn finger. Powrót Marca Chagalla do Polski
Wskrzeszony w powieści amerykańskiej pisarki Dary Horn i zapytany o sens swojego dzieła...
PROM_V2
Lato w Promie
Wiosna… Wciąż jeszcze wiosna. Ale już niebawem Ziemia maksymalnie wychyli się w kierunku...
Czlowiek_antykwariat_V2
Rzeka podziemna
Wiadomość, że naukowcy szykują się do odkopania na Żoliborzu rzeki Drny, płynącej niegdyś...
granica
Gdzie jest granica pomocy?
24 lutego, godzina 8.30. Dzwoni budzik. Kolejny zwykły dzień. Wstaję z łóżka, włączam czajnik...