Kultura

Lekcja z determinacji

Choć były świadkami i kronikarkami najważniejszych wydarzeń politycznych i społecznych ubiegłego wieku, wiemy o nich niewiele. Swoją najnowszą wystawą Dom Spotkań z Historią przypomina postaci polskich fotoreporterek, a „Korrespondent” rozmawia z Moniką Szewczyk-Wittek, kuratorką wystawy i autorką towarzyszącej jej książki „Jedyne”. – To silne osobowości, na pewno bardzo ciekawe. Każda z tych kobiet jest zupełnie inna i, co za tym idzie – od każdej z nich nauczyłam się czegoś zupełnie innego. Determinacja, która z nich wszystkich wychodzi, i to poświęcenie się pasji są dla mnie ogromnie budujące – mówi autorka projektu.

Kamila Snopek

22.12.2021 

Ilustracja: Aleksandra Ołdak

Wpatrując się w obiektyw, dziewczyna mruży oczy. Chowa za aparatem połówkę szerokiego uśmiechu, na palcach błyszczą pierścionki. – Emocje – tego szukałam w sporcie – mówi Maja Sokołowska, długoletnia etatowa reporterka „Sportowca. Magazynu ilustrowanego”, twarz i jedna z trzynastu bohaterek wystawy „Jedyne. Nieopowiedziane historie polskich fotografek”, którą do końca stycznia możecie zobaczyć w galerii DSH przy ul. Karowej.

FOTOGRAFIA WIELOBARWNA

Prezentowane zdjęcia są tak różne jak ich autorki: Anna Beata Bohdziewicz, Anna Biała, Anna Maria Brzezińska, Iwona Burdzanowska, Joanna Helander, Marzena Hmielewicz, Małgorzata Kujawka, Anna Łoś, Anna Michalak-Pawłowska, Anna Musiałówna, Anna Pietuszko-Wdowińska, Agnieszka Sadowska oraz Maja Sokołowska. Każda z nich szła swoją własną drogą, każdą przyzywały inne tematy. Kiedy wędruję po wystawie, połykam więc trzy dekady PRL-u w pigułce. Protesty robotnicze, Solidarność, pielgrzymki papieskie, wielka polityka, świat teatru i filmu, sportowa walka, życie blokowisk i wsi, codzienność mniejszości etnicznych. Małe i wielkie sprawy składające się na rzeczywistość zupełnie inną i jednocześnie tak zaskakująco podobną do naszej.

„START” Z PODSTAWÓWKI

Historię obrazów na wystawie dopowiadają przedmioty. Twórcy zgromadzili w gablotach należący do bohaterek sprzęt fotograficzny, stykówki, dokumenty i pamiątki. Stanowią one gratkę dla pasjonatów techniki analogowej i tych, którzy mieli z nią dotychczas niewiele wspólnego. – Wspomniany okres jest niezwykle ciekawy z punktu widzenia historii fotografii. Autorki zdjęć prezentowanych na wystawie pracowały w zupełnie innej rzeczywistości – wyjaśnia Monika Szewczyk-Wittek.

OPOWIEDZIANE

To paradoks, ale wychodzę z wystawy ukontentowana i niezaspokojona jednocześnie. W głowie – pytania. Wiele. W sukurs przychodzi kuratorka – bo jeszcze zanim na ścianach galerii zawisły fotografie, na rynku wydawniczym pod tym samym tytułem ukazała się książka.

W „Jedynych” znajdziemy zapis dziesięciu rozmów przeprowadzonych z fotoreporterkami przez Monikę Szewczyk-Wittek. Z całości wyłania się obraz realiów pracy fotoreporterów w okresie lat 70., 80. i 90., ale książka to przede wszystkim portret. Osobisty i zbiorowy portret grupy kobiet, które, jak pisze autorka, były brawurowe, ciekawe życia, ambitne. Jedyne. I które w zawodzie zdominowanym przez mężczyzn miały siłę mówić własnym głosem. Czy warto je poznać? Warto.

Skąd wziął się pomysł na ten projekt?

Przez lata pracowałam w dziale fotoedycji dziennika „Rzeczpospolita”. Jestem związana ze środowiskiem fotograficznym i oczywiście na swojej drodze spotkałam wielu wspaniałych fotografów. Dość łatwo można jednak dostrzec, że historia związana z fotografią kobiet i w ogóle obecnością kobiet w fotografii jest mało widoczna. Pomysł wziął się z tego, żeby we właściwy sposób pokazać kobiety, które fotografowały, szczególnie w trudnym okresie lat 70., 80. i 90. w Polsce. Miałam przyjemność robić wywiady z najróżniejszymi fotografami i dość szybko zdałam sobie sprawę, że wśród wielu osób, z którymi rozmawiałam – czy to w formie wywiadów radiowych, czy też pisanych – było dużo mniej kobiet. Na fali różnych przemyśleń przez lata dorastała we mnie chęć, żeby porozmawiać z tymi kobietami, które w Polsce pracowały i pracują – bo część z moich bohaterek to wciąż aktywne fotoreporterki. Oczywiście na początku było to kilka osób, kilka znaczących postaci, które od razu pojawiły się na mojej liście, potem przyszedł czas na całą pracę związaną z dzwonieniem do znajomych dziennikarzy i fotoreporterów, szukaniem kolejnych nazwisk.

Co było dla Pani najtrudniejsze podczas pracy nad książką i wystawą? Wyobrażam sobie, że niełatwo jest stworzyć spójną narrację z tak różnych elementów, różnych osobowości, różnych spojrzeń na fotografię. 

Najtrudniejsze było paradoksalnie docieranie do bohaterek i przekonywanie ich do tego pomysłu. Większość z nich po raz pierwszy w ogóle udzielała wywiadu. Druga rzecz, też istotna, to fakt, że rzeczywiście są to bardzo różne osobowości, różne style fotografii. Konsekwentne prowadzenie rozmowy, tak by historia bohaterek była ukazana od początku ich pracy aż do teraźniejszości – w momencie, gdy czyta się wywiad po wywiadzie – może wydawać się dość schematyczne. Ale z drugiej strony wydawało mi się to niezwykle ważne, żeby opowiedzieć o drodze, którą moje bohaterki musiały przejść, bo była ona związana z wieloma wyrzeczeniami, także rodzinnymi. Do tego wszystkiego dodam też na pewno sytuację związaną z archiwami. Nie do wszystkich archiwów udało się dotrzeć, nie wszystkie archiwa udało się przejrzeć. W rozmowach wątek straconych, zagubionych czy zabranych archiwów wywoływał duże emocje.

Jak w praktyce wyglądała Pani współpraca z fotografkami? Czy czynnie angażowały się w tworzenie wystawy? Jaki był ich wpływ na jej kształt?

Miałam poczucie, że ta wystawa musi powstać w zgodzie z ich przekonaniami i ich sposobem patrzenia na siebie. Tutaj, tak jak w przypadku książki, wybrałam okres lat 70., 80. i 90. Przez cały czas pracy nad wystawą i książką byłyśmy w nieustającym kontakcie, co oczywiście w przypadku dziesięciu, a później – przy wystawie – trzynastu bohaterek było bardzo wymagające. Pandemia także nie pomogła w kontaktach. Nie zawsze udawało się spotykać na żywo, czasem trzeba było korzystać z połączeń online. Ale dzięki ogromnemu zaangażowaniu moich bohaterek udało się przygotować tę wystawę bez żadnych opóźnień i perturbacji. Jestem im bardzo wdzięczna za ten czas, który poświęciły, i za zaufanie, którym mnie obdarzyły.

Czego nauczyły Panią projekt i spotkania z fotografkami? Czym zaskoczyły?

To są na pewno silne osobowości, na pewno bardzo ciekawe. Każda z nich jest zupełnie inna i, co za tym idzie – od każdej z nich nauczyłam się czegoś zupełnie innego. Ciekawe były dla mnie wszystkie wątki związane z ich drogą życiową, poświęceniami, dokonywaniem wyborów, które nie zawsze szły w zgodzie z wizją przyszłości, którą mieli ich rodzice. Determinacja, która z nich wszystkich wychodzi, poświęcenie się pasji są dla mnie ogromnie budujące i mogą być wskazówką, że jeśli się w coś głęboko wierzy, to trzeba o to walczyć.

Jak twórczość naszych fotografek prezentuje się na tle ogólnoświatowych dokumentalistów?

Prezentuje się wspaniale – i to właśnie bardzo chciałam uwidocznić. My w ogóle nie szczycimy się tym, jak wspaniały mamy dorobek fotograficzny. Jednym z powodów, dla których przystąpiłam do tego projektu, było pełne poczucie, że to jest wystawa, którą swobodnie będzie można pokazać za granicą i która odniesie tam taki sam sukces jak w Polsce. Są prace ponadczasowe i wyjątkowe nie tylko w skali Polski, ale także świata.

Jak odbierają wystawę i książkę jej bohaterki?

Większość z nich – tak jak w przypadku pani Mai Sokołowskiej – była bardzo zdziwiona tym, że do nich dotarłam. Były też wdzięczne za to trochę inne spojrzenie na ich pracę, wspólny wybór zdjęć – bo starałyśmy się pokazywać prace, które były albo rzadko, albo w ogóle nie publikowane. Kluczowe było odkrywanie historii, które teraz, z punktu widzenia teraźniejszości, nie niosą już tak dużych emocji (mówię np. o zdjęciu Lecha Wałęsy po przegranych wyborach prezydenckich w 1995 r. autorstwa Anny Brzezińskiej), rozmawianie o tych „nieopowiedzianych”, nieopublikowanych zdjęciach. Bohaterki cieszą się, że książka jest czytana, dzwonią i dziękują. Pracujemy w pełnej zgodzie nad tym, by ten projekt był jeszcze szerzej znany.

A jakie głosy płyną do Pani od odbiorców?

To jest w ogóle niesamowita historia. Mam poczucie, że ten projekt – praca nad wystawą, nad książką – trwa tak długo, że moje życie toczy się już równolegle do niego, a projekt zaczyna żyć własnym życiem. Bardzo często dostaję w prywatnych wiadomościach informacje, że to jest bardzo potrzebna książka, bardzo potrzebna wystawa, wspaniałe zdjęcia, że dziękują mi za to, że mogli poznać te bohaterki i ich życiorysy. To bardzo budujące dla tak późnej debiutantki jak ja – ponieważ to moja pierwsza książka i mam nadzieję, że nie ostatnia.

Na wystawie „Jedyne” prezentowane są też przedmioty związane z techniką analogową. Na podobny krok zdecydowali się zresztą kuratorzy innej wystawy w DSH, poświęconej czasopismu „itd”. To będzie prowokacyjne pytanie, ale po co przypominać technikę, która odeszła już do lamusa i uprawiana jest przez (co prawda coraz liczniejszą) grupę zapaleńców? Jaką wartość ma Pani zdaniem fotografia analogowa?

To nie prowokacyjne pytanie, bo trochę zawarta jest już w nim odpowiedź. Coraz liczniejsza grupa ludzi interesuje się fotografią analogową. Istnieje ruch slow photography i widzę go wśród swoich studentów i w ogóle ludzi, z którymi pracuję, którym pomagam wydawać książki. To idea nieśpiesznego prowadzenia projektów w kontrze do tego, co dzieje się na świecie, skupienia na pojedynczym zdjęciu, na budowaniu historii. To idea przekonująca, że niekoniecznie trzeba wykonywać tysiące fotografii. W fotografii analogowej jest wciąż coś magicznego, w tym sposobie patrzenia. Dla młodych ludzi może to być coś niezrozumiałego, ale z drugiej strony głęboko wierzę w to, że ta klasyczna forma fotografii jest w stanie zainteresować też kolejne pokolenia. I to się dzieje. Myślę, że przypomnienie o tym, w jaki sposób były wykonywane zdjęcia, ma też znaczenie w kontekście całego procesu powstawania fotografii i tego, że czasem przygotowanie jednego, dwóch czy trzech tematów dla prasy zajmowało cały dzień, a niekiedy i pół nocy. To się oczywiście „czyta” w kontekście poświęcenia, konsekwencji, determinacji, które moje bohaterki niewątpliwie w sobie mają.

Czy Pani zdaniem istnieje coś takiego jak kobiece spojrzenie w fotografii? Jeżeli tak, na czym polega?

Moim zdaniem nie istnieje. Podzieliłabym fotografię na dobrą i złą, na pewno nie na kobiecą i męską.

Czy zdradzi Pani, co stanie się dalej z „Jedynymi”? Czy planuje Pani kontynuację projektu?

Projekt rozwija się na dwóch poziomach. Kontaktują się ze mną osoby, które są spadkobiercami praw fotografek i pytają, czy można coś zrobić z ich archiwami, pokazują zdjęcia. To jest oczywiście bardzo ciekawe i mam nadzieję, że niebawem będę mogła zacząć pracować nad kolejnym archiwum. Druga rzecz, która jest niezwykle dla mnie istotna, to to, że chciałabym bardzo zabezpieczyć archiwa moich bohaterek, oczywiście w pełnym porozumieniu z nimi. Zabezpieczyć, czyli zdigitalizować je, być może przepakować w odpowiednie papiery, koperty, pudełka, uporządkować, skatalogować, żeby mieć poczucie, że do tych archiwów będzie można wrócić. Siłą rzeczy przez lata były one przechowywane w niedoskonały sposób, bo też nie zawsze było to możliwe. Archiwa ulegają różnego rodzaju wpływom z zewnątrz, zniszczeniu. Jedna z moich bohaterek miała np. powódź w domu i duża część jej negatywów i odbitek została zalana. Inna straciła swoje archiwum, bo podczas likwidacji redakcja po prostu je wyrzuciła. To, co zostało, też chciałabym udostępnić, stworzyć wirtualne muzeum fotografek, abyśmy mogli korzystać z ich dorobku w celach edukacyjnych czy do działań dziennikarskich. Pracuję nad tym, by było to możliwe.

Uderzyła mnie aktualność tej wystawy w okresie, gdy Polki głośno upominają się o swoje prawa. Czy projekt został wymyślony przez Panią jako pewnego rodzaju manifest?

Nie, nie to stało za moimi działaniami. Natomiast wybór okładki książki, na której znalazła się Ania Pietuszko z ręką wyciągniętą w geście zwycięstwa i aparatem przewieszonym przez szyję, był oczywiście zabiegiem celowym. Chciałam pokazać, że kobiety fotografujące i w ogóle fotografowie, fotoreporterzy, fotoreporterki przyjmują różne postawy, że nie trzeba jechać na koniec świata, żeby być w centrum rewolucji. Że dokumentowanie tych wydarzeń, które dzieją się w Polsce, jest ważne i że z naszego obywatelskiego punktu widzenia jest istotne, byśmy próbowali zrozumieć, co się dzieje dookoła. Dokumentowanie wydarzeń, które dzieją się nie tylko na ulicy, ale i w parlamencie czy chociażby teraz na granicy, ma znaczenie. Jako obywatele powinniśmy mieć dostęp do fotografii i opierać na nich swoją wiedzę o tym, co się dzieje, a osoby, które wykonują te zdjęcia i poświęcają swój czas – osoby, dla których to jest często pasja, ale też praca – powinny być traktowane przez nas z szacunkiem, co niestety nie zawsze ma miejsce.

Z Moniką Szewczyk-Wittek rozmawiała Kamila Snopek.

Kamila Snopek

Czytaj Więcej

Z_ziemi_mlekiem_i_miodem
Z ziemi mlekiem i miodem płynącej do Polski
Wielkimi krokami zbliża się 19. już edycja Festiwalu Warszawa Singera. W tym roku po raz...
DADD0FF1-1239-42D0-A3D2-5C01774B8447
If I were a Piekarnia in Warsaw
Ciekawe, czy jako dziecko Jurek umiał grać w chowanego. W końcu jego dzieciństwo nie trwało...
590_9983
Grać w chowanego ze śmiercią. Kryjówki Natalii Romik
Ciekawe, czy jako dziecko Jurek umiał grać w chowanego. W końcu jego dzieciństwo nie trwało...
matkapolka_1
Matka Polka też człowiek – czyli o tym, że macierzyństwem można być zmęczonym
Są takie dni, kiedy chowam się pod kołdrę, gaszę światło i po prostu płaczę. Mam wtedy ochotę...
Chagall_MNW_fot_Bartosz_Bajerski_Muzeum_Narodowe_w_Warszawie_03
Mit ale zibn finger. Powrót Marca Chagalla do Polski
Wskrzeszony w powieści amerykańskiej pisarki Dary Horn i zapytany o sens swojego dzieła...
PROM_V2
Lato w Promie
Wiosna… Wciąż jeszcze wiosna. Ale już niebawem Ziemia maksymalnie wychyli się w kierunku...
Czlowiek_antykwariat_V2
Rzeka podziemna
Wiadomość, że naukowcy szykują się do odkopania na Żoliborzu rzeki Drny, płynącej niegdyś...
granica
Gdzie jest granica pomocy?
24 lutego, godzina 8.30. Dzwoni budzik. Kolejny zwykły dzień. Wstaję z łóżka, włączam czajnik...